NonŹródła:Pan X jedzie na wakacje

Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Koło samochodu powoli miażdżyło leżącego kota na ulicy. Już nie miauczał, bo nie miał czym. Kierowca cofał do tyłu powoli i rozkoszował się odgłosem zgniatanych kości i pękających wnętrzności. Był nim pan X (zwany również Obywatelem). Siedział spokojnie za kierownicą swojego Subaru i z uśmiechem obserwował w lusterku rozszerzającą się plamę krwi. Poprawił swoje krótkie, czarne włosy i odłożył pistolet pożyczony od jakiegoś wampira. Doskonały początek urlopu! Wreszcie wolny przez pewien czas od pracy w agencji! Ruszył z piskiem opon sprzed domu.

Po kilku godzinach X obserwował z niepokojem, jak miernik benzyny zbliża się do zera. Znajdował się na dalekim odludziu, na dodatek był wieczór. Na ostatku paliwa zjechał na pobocze. Rozejrzał się dookoła. Na wzgórzu stał zamek. Niczym perła między kamieniami, ząb w szczęce staruszka czy ten biały kot przylepiony do opony. Ruszył w jego stronę, przemierzając pastwiska, pola uprawne i jakiś zapomniany cmentarz. Stanął wreszcie przed zamkowymi wrotami. Zapukał trzy razy, bo oglądał kiedyś film o podobnym tytule. Otworzył mu starszy mężczyzna. Na sobie miał garnitur, w ręce widelec. Jego czujne oczy obserwowały X–a przenikliwie.
– W czym mogę pomóc, wędrowcze ? – spytał dystyngowanie.
– Wybierałem się w dalszą podróż, niestety skończyła mi się benzyna. – powiedział jednym tchem X.
– Ależ wejdź ! – powiedział z uśmiechem właściciel. – Właśnie zabierałem się do kolacji i być może będziesz chciał dotrzymać mi towarzystwa.
Po czym zaprosił go gestem do środka. X nie zauważył dziwnego błysku w oku mężczyzny. Pozwolił się zaprowadzić do dużego salonu, pośrodku którego stał dębowy stół. Zastawiony był talerzami i miską z jedzeniem. Obywatel usiadł obok właściciela.
– Niech pan wybaczy, że pytam, ale nie zna pan kogoś o nazwisku Graham? Albo Starling? – spytał mężczyzna.
X pokiwał przecząco głową. Dostał talerz z mięsem przypominającym wątrobę.
– Proszę jeść – powiedział do X–a prawie władczym głosem, jednocześnie uważnie go obserwując.
– Z ciekawości się spytam, kim pan jest z zawodu? – zapytał X wpatrując się w niego.
– Psychiatrą – odparł krótko biorąc do ust kawałek mięsa.
X pokiwał głową. Mężczyzna postawił przed nim półmisek, z czymś białym, oślizgłym i przypominającym kalafior.
– Hej! To mózg! Moje ulubione danie! – zachwycił się X.
Psycholog coś mruknął i zanotował w swoim notatniku.
– Proszę mi powiedzieć, ale szczerze – Mężczyzna wpatrywał mu się teraz prosto w oczy. – Czy nie odczuwałeś kiedyś przemożnej chęci zemsty? Czy być może jesteś na coś poirytowany?
X przełknął głośno kawałek jedzenia.
– Wczoraj mleczarz wydał mi za mało pieniędzy – powiedział cicho. – Poszedłem do szefostwa i wywalili gnojka – powiedział jeszcze ciszej. – Bo ja nie lubię chamstwa.
– Uhum – Psycholog znowu coś zanotował. – A czy masz jakieś charakterystyczne sny?
– Pamiętam jak mieszkałem u wujka na farmie. Pewnego razu wyszedłem, żeby schować mojego Bozara przed złodziejami. I wtedy usłyszałem ten odgłos. Przypominał odgłos zarzynanych owiec, ale był dłuższy i intensywniejszy. To na ziemi leżał biedny Skaven z odrąbanymi łapkami. Wziąłem go, ale wtedy przyłapał mnie wujek i uciekłem. Teraz ciągle mi się śni jęczenie Skavena.
– I myślisz, że ten Skaven umilknie, gdy... gdy... rozwiążesz zagadkę?
– Jaką zagadkę? – zdziwił się X połykając łzy.
Psycholog nie odpowiedział. Zaprowadził X–a do pokoju na piętrze. Nim X wszedł do środka odwrócił się jeszcze do mężczyzny.
– Nie znam jeszcze pana imienia.
– Jestem Lecter. Hannibal Lecter – powiedział Lecter.
– Hannibal, Kanibal – zastanowił się X. – Był pan kiedyś na Litwie?
Psychiatra skamieniał, z oka pomknęła mu łza. Obywatel wszedł szybko do pokoju. Rzucił się na łóżko i zasnął nie odmówiwszy nawet paciorka.

X wstał z bólem pleców. Ze zdziwieniem odkrył, że jest na kamiennej posadzce. Na karku czuł coś ciężkiego i zimnego. Miał jakieś metalowe urządzenie wokół szyi. Obok niego stał monitor. Po chwili pojawił się w nim jakiś gość w białej masce z czerwonymi spiralkami.
– Witaj w mojej zabawie. Nie chcę mi się już powtarzać tego samego, co poprzednim. Chcę, abyś zaczął szanować swoje życie. – powiedział.
– Hej! Twój głos. Jesteś tym mleczarzem, którego wywalili! – zaniepokoił się X. Dzięki mnie – chciał dodać.
– Cisza! Jestem JIGSAW. J–I–G–S–A–W! – I uspokoił się. – Dlatego też klucz do ratunku umieściłem w trudniej dostępnym miejscu niż u innych.
X zaczął macać swoje ciało. Po tym wykrzyczał kilka siarczystych przekleństw.
– Ha! Przeklinasz. Nie powiem ci gdzie go schowałem! – zaśmiał się Jigsaw i założył ręce na piersi.
– Mam to gdzieś! Jadę do Chorwacji na wakacje! Spadaj! – krzyknął X do ekranu, po czym nań napluł.
Ściągnął urządzenie z głowy i rzucił o ścianę. Po czym wyszedł tylnymi drzwiami ignorując nawoływania Jigsaw’a.

+++

W pokoju rozległo się przeraźliwe dzwonienie. Był to budzik. Najmocniejszy na rynku. W odległości co najmniej dwustu metrów powodował okropny ból głowy i uszu. A on miał go nad głową. Mężczyzna – albinos powoli wstał z łóżka. Ostre rysy świadczyły o ciężkim życiu tego człowieka. Zimne oczy odzwierciedlały jego duszę – zdystansowaną i zimną. Podobnie zresztą jak jego charakter. Poprawił czerwoną cegłę, której używał zamiast poduszki. Wstał i wyłączył wreszcie budzik z nieukrywaną rozkoszą. Mieszkanie było małe i puste. Albinos rzadko wychodził kupować jakieś meble. Uważał, że medytowanie w pustce, działa lepiej dla jego psychiki. Usiadł przy nieheblowanym stole i położył ręce na wystających drzazgach. Usta nawet mu nie zadrżały. Poprawił swoją czarną piżamkę i siedział wpatrując się w żaluzje. Wstał i powoli skierował się do lodówki. Wyciągnął z niej karton mleka. Było okropnie zimne. To na pewno spodoba się Bogu. Z szafki powieszonej nad ladą, wyjął poszczerbioną, niebieską miskę i paczkę płatków. Koniecznie przeterminowanych (o dwa dni), z kawałkami otrębów wbijających się między zęby. Nasypał ich do naczynia i zalał mlekiem. Znów usiadł przy stole chwilę się kręcąc. Z pojemnika z kwasem azotowym, wziął srebrną łyżkę. Zanurzył ją w płatkach i zbliżył do ust. Robi to dla Boga. Zjadł i zaczął przeżuwać. Czuł jak otręby przebijają mu dziąsła. Gdy skończył, odstawił miskę. Skierował się znowu do sypialni. Oblizał językiem wargi i uklęknął pośrodku pokoju. Podniósł bicz z zaschniętą krwią i gdy już miał się biczować, zadzwonił telefon.
Sylas – powiedział do słuchawki, jak najbardziej zimnym głosem.
– Mam dla ciebie zadanie – odpowiedział gruby głos w słuchawce.
Na twarzy Sylasa wykwitł wredny uśmiech.

+++

X stał nad rowem i głośno wymiotował na trawę. Po tym odchylił głowę i odetchnął z ulgą. Ten móżdżek u psychiatry był wyjątkowo nieświeży. Zbliżył twarz do lusterka samochodu i spojrzał w swoje brązowe, przenikliwe oczy. Otarł usta chusteczką i otworzył drzwiczki. Wtedy przez przeciwległą szybę dojrzał dziewczynę. Była smukła i miała czarne, długie włosy. X nie widział jej dobrze, ale mogła mieć około szesnastu lat. Stała przez chwilę na tej polanie, po czym uciekła. Obywatelowi nawet nie było do chęci jej ścigać. Nie jego typ. Usiadł za kierownicą i przejrzał mapę. O ile się nie mylił, był gdzieś kilkanaście kilometrów na południe od Budapesztu. Włączył radio, w którym znowu puszczano przeboje „Lordi” i ruszył przed siebie. Jadąc, poczuł nagle głód, a gdy pan X głodny to zły. Zaczął więc z coraz większym rozczarowaniem odkrywać, że od sześciu kilometrów nie znalazł żadnego baru. Ze znudzeniem obserwował drzewa. I wtedy przed nim z mgły wyłoniła się ta dziewczyna. X zahamował z głośnym piskiem opon i uderzył nosem w kierownicę. Poczuł jak łzy napływają mu do oczu. Kiedy opanował krwawienie z nosa, wyszedł na ulicę. Wciąż tam stała i wskazywała na niego palcem. W Obywatelu coś się zakotłowało.
– Nuż ty gówniaro! Ja ci pokażę polską dyscyplinę! – powiedział szybko X mocując się z klamerką od pasa.
Dziewczyna dalej stała, ale już opuściła rękę. Na jej bladej twarzy pojawiło się zdziwienie. Obywatel ściągnął pas i wziął go do ręki. Z okrutnym uśmiechem zaczął powoli zbliżać się do dziewczyny.
– Już nic ci nie pomoże – zaśmiał się demonicznie.
Dziewczyna uciekła z krzykiem, potykając się o białą piżamę, którą miała na sobie. X uspokoił się i spojrzał na drugą stronę ulicy. Pośród drzewek stał bar – niewielki, ale schludny. Nad wejściem wisiał szyld „DRA UVSIEN YCFI” (ukryty kod). X wszedł do środka. Miał rację, stylizowany był na renesans. Panowały pustki, barman z czapką–bejsbolówką na głowie uraczył go wzrokiem i wrócił do czyszczenia kufli. Obywatel podszedł do lady i zaczął płynnym węgierskim:
– Witaj, przyjacielu. Czy masz może wolny pokój? – spytał.
– Ależ to bar... – i zaciął się widząc sakiewkę w ręce. – Coś się znajdzie.
– Dziękuje.
Barman był młody. Twarz miał łagodną, ze spokojnymi niebieskimi oczami i krótkimi blond włosami.
– Mam kilka pytań nim złożę zamówienie – zagadnął X. – Tylko może przejdźmy na inny język, bo na tym się plącze.
Enefales yutun? (Język wysokich elfów?) – spytał barman ze szczerym uśmiechem.
Ayitalaan! (Jasne!) – powiedział X – Tuulewas etine retuleneeh ediba notto liyetuun? (Czy u was dzieci zawsze wyskakują przed maską samochodu?)
Barman się zastanowił i podrapał po podbródku.
Nivellas. Qu onitellethen rexa? (Nigdy. A ktoś to zrobił?)
Nyua. (Tak) – i zmienił temat. – Vanimas bevilemis othor? (Jak masz na imię?)
Dulimathen, exceltis vulgus (Dulimathen, łowca zła.)
Po konwersacji, X usiadł przy stole i zaczął jeść obiad. Teraz dopiero zobaczył mężczyznę w czarnym płaszczu siedzącego w kącie. Obserwował X–a, a gdy zauważył jego spojrzenie natychmiast wrócił do jedzenia (frytki z górką soli). Wyszedł po chwili z demonicznym wyrazem na twarzy. Obywatel miał nadzieję, że już się go pozbył, ale cholernie się mylił. Zza okna usłyszał dźwięk odpalanego motoru i zauważył owego mężczyznę – albinosa. W ręce trzymał uzi skierowane w bar. Rozległ się strzał, a X poczuł jak ktoś rzuca się na niego swoim ciałem. Pociski poszatkowały okno i przeciwległą ścianę. Odłamki szkła poleciały na Obywatela i barmana, który rzucił się na pomoc X–owi. Gdzieś z lasu rozległ się okrzyk bojowy i słowa po polsku „Do broni chłopcy, pogonim Turków”. Obywatel zobaczył konny oddział pędzący ulicą. Sobieski? Na Węgrzech?
– Sylas – szepnął Dulimathen.
X wstał i otrzepał się, spojrzał w twarz barmana.
– Kim jest Sylas ?
Węgier wziął go pod rękę i zaprowadził do wewnątrz baru. Na ścianie wisiała reprodukcja obrazu Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza”. X przypatrzył się bliżej.
– Teraz słuchaj. Sylas należy do organizacji Opus Dei czyli Opos Boży. Stoją oni na straży tajemnicy dotyczącej... Jezusa. Spójrz na tą postać obok Jezusa.
Dulimathen wskazał palcem jednego z apostołów. Trzymał palec w górze, dłoń miał skierowaną w stronę Chrystusa.
– Co z tego wyczytałeś? – spytał X dalej przypatrując się obrazowi.
– To, że Jezus miał szerokie plecy w mafii. Zresztą później ci to wytłumaczę – powiedział tajemniczo barman.
Odwrócił się i kopniakiem otworzył zamaskowane drzwi. To pomieszczenie było stylizowane na łazienkę. W wannie kąpał się jakiś facet.
– Co się stao? – spytał głupkowato lustrując ich wzrokiem i usiłując zachować twarz w tej nietypowej sytuacji.
– Maciek spadaj! – krzyknął barman i potknął się na śrubokręcie. – Cholera! Mówiłem, żebyś trzymał narzędzia przy sobie.
W kącie stały dwa Bozary z kompletem amunicji.
– Umiesz tym walczyć? –spytał się Dulimathen.
– Nauczę się – powiedział X biorąc broń.
– Możecie już wyjść? – denerwował się Maciej.
Wybiegli przed bar i stanęli na ulicy. Samochód X–a wciąż stał na parkingu. Wsiedli po obu stronach i skierowali się na południe.

+++

Jeszcze nigdy nie spotkałem się z taką bezczelnością – pomyślał Jigsaw przyciskając lornetkę do oczu Poranny deszcz zmazał mu nieco czerwone spirale z maski. Mimo to nie poddawał się i postanowił raz na zawsze skończyć z X–em. A potem wreszcie wrócić do domu i poznęcać się (czyt. nauczać szanować życie) nad paroma osobami. W tym momencie usłyszał nad sobą czyjś oddech i nim zdołał się odwrócić, ktoś przygniótł mu głowę butem. Jigsaw poczuł w ustach smak błota;
– A ty co tu robisz? – usłyszał ponury głos, od którego nawet piła by się rozkręciła.
Genialny morderca próbował wstać, ale usłyszał szczęk odbezpieczanego pistoletu.
– Kim jesteś i czego chcesz? – spytał Jigsaw.
– Musisz mi pomóc w dorwaniu X–a – odpowiedział mężczyzna i zdjął nogę z głowy pilarza.
Pan Zagadka wstał i spojrzał w twarz młodego albinosa o zwichrzonych, rzadkich i białych włosach.
– Witaj w drużynie – odezwał się i podał mu dłoń.

+++

Kruk usiadł na ramieniu X–a i spojrzał mu w oczy;
– Witamy w Chorwacji – powiedział ponuro i odleciał. Nagle samochód zatrzymał się. Dulimathen zaklął i zdjął nogę z gazu.
– Chyba coś potrąciliśmy – oznajmił i wyszedł z pojazdu. Obywatel zrobił to samo.
Na ziemi leżała ta sama dziewczyna, która straszyła X–a. Obok leżał rozbity telewizor. Dookoła było mokro. Można wręcz mówić o kałuży. Samara, bo tak się nazywała, wstała i spojrzała na X–a i Dulimathena. Po czym wyszczerzyła zęby i rzuciła się na nich. Nic się nie stało.
– Hej, no co wy? Powinniście teraz skamienieć ze strachu – powiedziała z tonem wyjaśnienia.
– Idź pograć w Playstation! – powiedział X, po czym złapał ją za kark i wrzucił do rowu.
Po tym wydarzeniu ruszyli dalej w drogę. Nie wiedzieli jednak, że śledzą ich wrogowie.

+++

Należy wam się, drodzy czytelnicy, kilka słów wyjaśnienia...

Wiele lat temu, Leonardo da Vinci namalował kilka ciekawych obrazów. Człowiek Wirturiański, Mona Lisa, Ostatnia Wieczerza... Wszelkie informacje szerzone między innymi przez Dana Browna, stwierdzały, że ukryty jest w nich pewien sens, który stawia w innym świetle wiarę katolicką. Mylił się. Znaczenia tych obrazów mogą rozwiązać tylko osoby, które teraz powinny mieć ok. sześciuset lat. Ja wam jednak powiem. Jezus był metalem (lubił słuchać tamtejszego zespołu SzabasNOT, a czasem sam coś komponował) i pracował w tajnej organizacji. Te wszystkie bzdury o Zakonie Syjonu to jednak trochę prawda. Bo pomyślcie co by się stało, gdyby okazało się kim naprawdę był Jezus?

+++

X wszedł do swojego pokoju w hotelu i odetchnął z ulgą. Oto jest na miejscu. Zaraz pójdzie nad plażę i wypocznie, albo pozwiedza chorwackie miasta. Otworzył szafę w której zobaczył osobę, której nie chciał ujrzeć. I nie był to Lesiak. Przed nim stał Sylas.
– Wiesz jaki dziś dzień? – spytał się, po czym wyszczerzył zęby. – IDY MARCOWE!
Wyciągnął sztylet i rzucił się na X–a.
– I ty Sylasie przeciw mnie? – spytał się i zrobił zwinny obrót. – To przemoc! – odkrzyknął.
Opusdeiowiec wpadł na łóżko i zatoczył się, a następnie znów ruszył na bohatera. Tym razem też nie trafił i wypadł przez balkon z głośnym krzykiem (głośny krzyk przeżył). Nagle X poczuł ucisk na prawej nodze. To Jigsaw usiłował uwięzić jego nogę w łańcuchu. Spojrzał w górę ze zdziwieniem.
– Ups?
– szepnął. Po czym dostał kopniakiem w czoło. Maska lekko pękła, a pilarz jęknął. Po tym X chwycił go za ręce i związał sznurem znalezionym za szafą. Wtedy kichnął i z nosa wypadł mu kluczyk. Za to Jigsaw zaliczył kolejny kopniak. Do pokoju wpadł Dulimathen i spojrzał na leżącego psychola.
– Słyszałem odgłos walki i przyszedłem. Chyba dobrze zrobiłem.
– rzekł z lekkim uśmiechem. Zeszli przed hotel, aby zobaczyć co stało się z fanatykiem. Jigsawa wzięli, po czym wrzucili do bagażnika.
– A co robimy z Sylasem? – spytał się X.
Sylas leżał na trawniku przed domem z błogim uśmiechem. Tak go wszystko bolało. Chyba miał coś złamanego, właściwie myślał, że śni. Ale wtedy przyszedł X i Dulimathen...

+++

Obywatel leżał na leżaku i popijał zimny drink. Chorwackie słońce działało odprężająco. Jednocześnie zastanawiał się co robi Sylas. Ciekawe jak sobie radzi jako wolontariusz w poprawczaku? Chyba jeszcze kiedyś się spotkają, ale wtedy X będzie przygotowany. A Jigsaw? Jigsaw postanowił się zająć matematyką i rozpoczął budowę wielkiego budynku w kształcie sześcianu...

Ślizgać się po kartach jak po tafli wody...
muskając rzeczywistość jak najrzadziej da się...
Z archiwum Nonksiążek,
skarbnicy darmowych, aczkolwiek całkowicie nonsensownych, tekstów: